O kocie, który wywrócił moje życie do góry nogami.
Kategorie: Wszystkie | Lavanya | Sesje zdjęciowe
RSS
piątek, 03 grudnia 2010
Pierwsza wizyta u weterynarza

Jakiś czas temu stwierdziłam, że najwyższy czas pójść z naszą Lavanyą do weterynarza na wizytę kontrolną. Planowaliśmy to od dłuższego czasu, jednak ciągle nie mieliśmy takiej możliwości.

Jak się domyślałam, największy problem sprawiło załadowanie koci do transportera, ponieważ Lavancia, jako wolny obywatel, nie chciała pozwolić sie zamknąć. Ostatecznie jednak udało nam się zapakować ją do klatki. Mniej ciekawie było w drodze do kliniki. Kocica piszczała żałośnie. Biedna Lavcia bardzo nie lubi jazdy samochodem. Tak więc podróż z popiskującą kotką była dość przykrym przeżyciem.

W przychodzni weterynaryjnej "Nadzieja" przywitała nas niewielka, urocza kociczka przechadzająca się najzwyczajniej w świecie pod klatką z kolorową papugą, chwalącą się swoim donośnym głosem. Położyliśmy transporter na kanapie. Lavanya zdecydowanie nie wyglądała na zachwyconą dłuższym siedzeniem w zamknięciu, więc wypuściłam ją.

Po jakimś czasie zostaliśmy zaproszeni do gabinetu. Stał tam spory regał z przeróżnymi karmami suchymi oraz saszetkami Royal Canin. Na jego szczycie, położone w połowie na półce owego regału i w połowie na parapecie okna tkwiło legowisko, w którym w najlepsze chrapał kolejny kotek.

Nasza dzikuska została dokładnie przebadana. Okazało się, że jest zdrowa i w dobrej formie. Ponadto dostała tabletkę na odrobaczenie. Następnie ją zaszczepiono. Natomiast kiedy wspomniałam mimochodem, że kocia ostatnio bardzo kiepsko jada, powiedziano mi, że może być to skutek zakłaczenia. Na następny dzień miałam przynieść jej kupkę do sprawdzenia.

Jestem bardzo dumna z mojej wspaniałej kocicy. Była bardzo dzielna i grzeczna, chociaż przeżyła duży stres.

W następnych wpisach zostaną opisane dalsze przygody niebieskookiej w gabinecie weterynaryjnym.

1

2

3

14:05, ayanall
Link Dodaj komentarz »
sobota, 11 września 2010
Sesja zdjęciowa w B&W

Wszystkie zdjęcia dedykuję sommeil i Ś.P Misi. Ja i Lavanya jesteśmy z Wami!

Zdjęcia są ponumerowane, aby ułatwić Wam odnoszenie się w komentarzach do konkretnego zdjęcia. Żeby odczytać numer zdjęcia, najedź na nie kursorem myszy.

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

piątek, 02 lipca 2010
Spacerowa sesja zdjęciowa

Zdjęcia z naszych licznych spacerków.

Zdjęcia są ponumerowane w celu ułatwienia Wam odnoszenia się w komentarzach do konkretnej fotografii. Aby odczytać numer zdjęcia, najedź na nie kursorem myszy.

1

2

3

4

5

6

7

8

poniedziałek, 14 czerwca 2010
Spacerujemy

Pierwszy spacer z Lavisią mogę spokojnie określić jako "niefortunny". Akurat stałam z kicią niedaleko ulicy, kiedy nadjechał samochód. Najpierw myślałam, że Klusia w ogóle nie wystraszyła się pojazdu, kiedy po paru sekundach wyrwała mi się i zaczęła uciekać w stronę klatki schodowej. Natychmiast wróciłam z nią do domu. Następny spacer również do udanych nie należał. Tym razem nie zapisałam Pisklaczkowi smyczy. Niestety, w pewnym momencie przyszedł ktoś z psem, który zaczął szczekać na kocię. Ta wystraszyła się i... zaczęła się wspinać po ścianach! Dosłownie, skakała po nich, jakby chciała się dostać od razu na nasz balkon. Natychmiast wróciłyśmy.

Z czasem spacery stawały się coraz przyjemniejsze i spokojniejsze. Czasami brałam Lavanyę na smycz, ale zazwyczaj swobodnie biegała ona po podwórku. Teraz zazwyczaj kładzie się w trawie, przyczaja, po chwili wyskakuje przed siebie, biegnie parę kroków i znów się czai. Poza tym nie pamiętam już wyjścia, kiedy Kluś nie schował się pod krzakiem za żadne skarby nie chcąc wyjść.

Mimo wszystko sądzę, że Lavcia jest zdecydowanie kotem domowym i codzienne spacery nie przypadłyby jej do gustu.

Pierwszy spacer

Leżeć!

Spacerujemy

wtorek, 18 maja 2010
Balkonowa sielanka

Na początku z wypuszczaniem Laviśki na balkon wolałam się wstrzymać do czasu, aż zakupię siatkę i go osiatkuję. Bałam się, że kociunia wyskoczy. W końcu jednak przełamałam się, i, kiedy tylko pogoda sprzyjała wypuszczałam kicię na balkon. Zachowywała się dobrze, skakała, spacerowała, czasami przeciskała główkę przez najniższy szczebel i obserwowała świat. Żadnych oznak chęci wyskakiwania. Do czasu...

- Aniu, chodź tu, szybko! Kotek wyskoczył!

Wystrzeliłam jak z procy, w jednym momencie znalazłam się na balkonie. Ujrzałam Klusię siedzącą pod nim i piszczącą niemiłosiernie. Nie zastanawiałam się dłużej. Wybiegłam na zewnątrz.

Klusinka nie chciała dać się wziąć na ręce, wyrywała się i piszczała. Jakoś doniosłam ją do domu, jednak nie bez licznych pamiątek w postaci zadrapań.

Później wyskoczyła jeszcze kilka razy, aż w końcu... zaczęła uciekać na podwórko za każdym razem, kiedy wypuściłam ją na balkon. Już zachowywała się spokojnie, nie piszczała ani nie bała się, siedziała spokojnie na trawie i rozglądała się dookoła. Bez problemu pozwalała się zabrać do mieszkania. Po wielu ucieczkach postanowiłam jej więcej nie wypuszczać do czasu osiatkowania balkonu.

Przez pierwsze dwa dni niemiłosiernie piszczała cały czas pod drzwiami balkonowymi, chcąc wyjść. Nie uległam jej, co najwyżej wyniosłam na chwilę i potrzymałam na rękach.

Ostatnio już się tak nie pali do hasania po balkonie. Planuję zakupić siatkę i osiatkować ten nieszczęsny taras, żeby w końcu kotek mógł się nacieszyć słońcem(którego nam na razie zdecydowanie brakuje...). I jakieś zabawki, żeby urozmaicić jej przesiadywanie w mieszkaniu.

Obserwatorka

Obserwujemy świat

Hasanek

sobota, 01 maja 2010
Popisowa akrobatka

Wiadomo, że każdy kot jest wyjątkowy i jedyny w swoim rodzaju. Wiadomo też, że każdy ma typowe dla siebie, niespotykane u większości kotów zachowania. Wiedziałam o tym, decydując się na zakup kociaka. Jednak czegoś takiego się nie spodziewałam...

Zacznijmy od tego, że Lavanya to urodzona miłośniczka wspinaczek. Do dziś pamiętam, jak w pierwszych dniach pobytu u nas wskakiwała na oparcie kanapy, podczas kiedy ja lezałam tam i czytałam książkę, chodziła po nim i nagle zeskakiwała prosto na mnie, kładąc mi się następnie przed lekturą.

Jednym z miejsc, w których(a raczej na których) lubi leżeć jest również oparcie fotela. Jej akrobacje na nim(wspinanie się) wyglądają komicznie. Mało kto odgadłby, że po prostu spokojnie się wyleguje...

Jednak nie każda jej wspinaczka jest równie bezpieczna. Chodzenie po stole nie jest znowu czymś dziwnym, jeśli chodzi o koty. Spacerowanie po zagraconym parapecie(i czasami, przy okazji, wspinanie się po oknie) nieco irytujące... ale wskakiwanie z tego parapetu na piec mogłoby się źle skończyć, gdyby nie to, że zawsze natychmiastowo była z niego ściągana.

Mogłoby się wydawać inaczej, ale nie to było najbardziej zaskakujące. Kiedyś przyszło mi do głowy, żeby Kluskę czegoś nauczyć. Czegokolwiek. No i wymyśliłam. Moja amatorka grzechoczących piłeczek zrobiłaby dla nich wszystko. Zagrzechotałam więc jedną z nich mniej więcej na wysokości mojego ramienia. Kocia, ku mojemu zdziwieniu, przysunęła się do ściany, a następnie...skoczyła. Skoczyła do piłeczki, którą natychmiastowo, w tym momencie jej puściłam. Ostatnio dałam z tą zabawą spokój, natomiast...kotu chyba odbija, bo czasami(choć rzadko) po prostu przyczai się pod ścianą i skoczy. Skoczy, jakby chciała się po niej wspiąć. Niemożliwe zwierzę...

A może wspinanko?

Kto by pomyślał, że wcale nie spada?

Ciekawe miejsce do wylegiwania się, któż zaprzeczy?

 

środa, 14 kwietnia 2010
Zabawa czy rozbijanie ścian?

Jeszcze zanim Lavanya do mnie przybyła zakupiłam jej w sklepie internetowym Animalia dwie futrzane piłeczki. Dzwoniące, nieduże, wydawały się dla kici idealne. Przynajmniej mnie się wydawały, bo koteczka na początku nie wykazywała zainteresowania nimi. Bawiła się jedynie swoją grzechoczącą myszką, którą miała już w hodowli. Domyślałam się, że powodem tego jest fakt, że nie zaaklimatyzowała się u mnie do końca.

Z aklimatyzacją jednak nie miała problemów. Ku zadowoleniu domowników zaczęła się coraz chętniej bawić, a piłeczki bardzo polubiła. Aż miło było patrzeć jak na nie polowała. Najzabawniejsze było jednak jej bieganie za piłką. Kiedy tylko usłyszała, że zabawka ląduje gdziekolwiek w mieszkaniu, dało się słyszeć jej pazury ślizgające sie po podłodze. Jeśli piłeczka wylądowała w pokoju odległym od miejsca, w którym kotka przebywała, Klusia czasami nie wyhamowała na czas i z hukiem uderzała o ścianę. Nie wydawała się być tym przejęta, właściwie to chyba nic ją to nie bolało. Do najbardziej widowiskowych momentów należały fikołki przy zderzeniu ze ścianą, ciężko było się przy nich powstrzymać od śmiechu. Nie miałam już żadnych wątpliwości, że dzięki Lavanyi w domu zrobi się dużo weselej.

Dla takiego widoku warto trzmać stare graty w mieszkaniu!

wtorek, 06 kwietnia 2010
Kluska

Jeszcze zanim dostałam moją małą rozrabiakę, wielu osobom, które poznały jej imię skojarzyło się ono z rzeczownikiem "Lazania". Trudno się dziwić, wyrazy są prawie identyczne, chociaż mnie samej nigdy nie przyszłoby coś takiego do głowy. Byłam zbytnio podekscytowana tym, że już niedługo zawita u mnie mój pierwszy zwierzak. Pomyślałam z uśmiechem, że już nie muszę jej wymyślać przezwiska.

Myliłam się.

Głaszcząc kociaka zajętego zwiedzaniem nowego miejsca zamieszkania, do którego dopiero co przybył, nagle przeszło mi przez myśl i zostało zatrzymane przez pamięć, po czym ujrzało światło dziennie, kiedy wypowiedziałam je głośno. Kluska. Od razu poczułam, że już nie przyzwyczaję się do wyszukanej Lazanii. Tylko Kluska. Po prostu Kluska. Samo przyszło i już pozostanie. Klusia. Klusiamber. Klusencja.

Przyszedł również czas na skojarzenia z humorem. Lavanya nie wydawała takich odgłosów, jak inne koty, przynajmniej tak mi się wydawało. Raczej piszczała, niż miauczała. Taki mały, słodki Pisklak. Pisklaczek.

Przytulona do kocyka

poniedziałek, 05 kwietnia 2010
Lavanya the cat, czyli dziki rasowy kot domowy

Pojawiła się u mnie pod koniec października lub na początku listopada 2009 w wieku 3 miesięcy. Śliczna, mała, błękitnooka koteczka rasy neva masquerade. Zadziwiająco szybko oswoiła się z nowym miejscem, już wieczorem pierwszego dnia zachowywała się, jakby mieszkała tam od zawsze.

Urocza, kochająca ludzi, zwariowana Lavanya Kropla Nieba*PL.

Ciągle wspominam te czasy, kiedy jeszcze była maleńkim kociaczkiem. Teraz jest już wielką, 6-kilogramową, 8-miesięczną kociczką. Może mniej grzeczną, ale równie kochaną!

Pożeraczka gumek do włosów, ciasteczek odkłaczających, miłośniczka gryzienia wszystkiego i wszystkich, skakania po meblach i ludziach. Moja futrzasta przytulanka. Moja Lavanya.

Dziki rasowy kot domowy